Co to jest agroturystyka? Jak wygląda u nas?

portret użytkownika papa

Zobaczmy, jak agroturystyka wygląda w naszych stronach.

 

     leitmotiv Klientela  usługi 
   Utrata firmy – imprezy integracyjne

pensjonat, posiłki domowe, Chopin, Utrata, rowery, ognisko, siłownia
  konie  Firmy- imprezy, indywidualne jazdy, utrzymanie koni  Pensjonat, wyżywienie, pensjonat dla koni, jazda w terenie, nauka jazdy wierzchem, imprezy, bryczka, kulig 
  araby  Firmy - imprezy integracyjne, konferencje, wesela, imprezy okolicznościowe  pensjonat 20 osób, posiłki domowe, grill bar, plac zabaw, ognisko, kulig 
  jest dobrze  firmy – imprezy integracyjne, warsztaty doskonalenia psychologicznego  jezioro secyminskie, rower, las, konie, wędkowanie w Wiśle i jeziorze,
łyżwy, narty biegowe, kulig 

 
konie  indywidualna  pensjonat, jazda w terenie, nauka jazdy wierzchem, rower, wędkowanie w Wiśle i jeziorze 


Na początku rozważania, czy agroturystyka pod Warszawą ma sens, warto sięgnąć do źródeł i sprawdzić, o czym rozmawiamy.

Agroturystyka (za http://pl.wikipedia.org/wiki/Agroturystyka )– forma wypoczynku w warunkach zbliżonych do wiejskich. Może być połączona z pracą u osoby zapewniającej nocleg. Traktowana jako alternatywne do rolnictwa źródło dochodu mieszkańców wsi.

Ta forma masowej turystyki obejmuje różnego rodzaju usługi, począwszy od zakwaterowania, poprzez częściowe lub całodniowe posiłki, wędkarstwo i jazdę konną, po uczestnictwo w pracach gospodarskich. Polega na wykorzystaniu piękna krajobrazu wiejskiego i uatrakcyjnianiu gościom pobytu udziałem w codziennych zajęciach w gospodarstwie, w tradycyjnym rzemiośle artystycznym (np. haftowanie, szydełkowanie), w obrzędach ludowych oraz w przygotowywaniu potraw regionalnych, połączonym z wypiekiem chleba, wyrobem serów lub wędlin.

Agroturystyka to rodzaj turystyki wiejskiej, znanej w Polsce od dawna jako wczasy pod gruszą. Jest to forma wypoczynku u rolnika, w funkcjonującym gospodarstwie rolnym, gdzie można mieszkać, jadać wspólne posiłki z gospodarzami, uczestniczyć w wielu pracach polowych, obserwować jak na co dzień wygląda hodowla zwierząt i produkcja roślinna. W agroturystyce mamy zapewnioną domową atmosferę i możemy liczyć na zdrową, świeżą żywność.

Wbrew pozorom to bardzo pojemna definicja. Otóż sprawdziłem ją “w warunkach bojowych”, gdyż niedawno byłem uczestnikiem kontrowersji z udziałem uczonej osoby, fachowca w swojej dziedzinie, konkretnie urbanistyki, czyli zagospodarowania przestrzeni. Przemiła ta osoba stwierdziła, że ośrodek jeździecki z domkami na wynajem nie jest gospodarstwem agroturystycznym. Ja z uporem swoje – podług powyższej definicji – że jest agroturystyką w czystej postaci.

Główne zadanie gospodarstwa to hodowla i utrzymanie rasowych koni wierzchowych, o wiele cenniejszych (i produktywniejszych) od zwierząt tradycyjnych, przynoszących dochód roboczy rzędu 10 zł/h. Zajęcie dodatkowe to goszczenie ludzi, bądź wręcz wynajem domków. Właściciel konia może go “wstawić” do stajni (to się nazywa pensjonat dla koni), a sam sobie zapewnić mieszkanie w postaci normalnego domu. Taka produkcja rolna – hodowla i utrzymanie szlachetnych odmian zwierząt – w odróżnieniu od hodowli tradycyjnej – na rzeź, bądź jako siła pociągowa – daje większy dochód, więcej frajdy i dodatkowo tworzy nowe miejsca pracy w usługach: trenerów, treserów, recepcjonistki itd.

Dlaczego Unia kładzie taki nacisk na dodatkową, “alternatywną” produkcję? Bo – w odróżnieniu od tradycyjnej - jest dochodowa, a od dotacji bezpośrednich (wysoko deficytowej) produkcji tradycyjnej Unia pragnie jak najszybciej uciec. Słusznie, a my możemy na tym skorzystać.

Panuje – zupełnie nieuzasadnione – przekonanie, że agroturystyka, to taki skansen na uboczu wsi. “Miastowe” przyjadą i pomieszkają kątem, dzieci pobawią się z kózką... Owszem, to także jest jakiś sposób, ale z przeglądu gospodarstw z okolic kampinoskich – wybranych według obiektywnego kryterium wyszukiwarki internetowej - widać jasno, że ten model jest tu dziś już anachroniczny.

Mimo to osoby “miastowe”, nawet o wysokim wykształceniu, ciągle do niego są przywiązane. Jak te osoby ściągnąć do nowoczesnego ośrodka aktywnego sportu za miasto, skoro kojarzy im się to ze skansenem? Odpowiedź jest o tyle prosta, co niełatwa. Otóż prawdziwą barierą wzrostu alternatywnego zatrudnienia na wsi jest uporczywość stereotypu. Żeby go skutecznie przełamać, trzeba inwestować w promocję terenu i aktywnych form wypoczynku.

Spójrzmy na fakty: żadne z prezentowanych gospodarstw nie prowadzi tradycyjnej produkcji – czy to roślinnej, czy to zwierzęcej – produkcję tę kontynuuje (jeśli w ogóle) niejako obok głównego zainteresowania, czyli hotelarstwa, cateringu, czy po prostu świadczenia usług sportowych i wypoczynkowych. Nie bez powodu wszystkie bez wyjątku gospodarstwa, nazywajmy je dla prostoty pensjonatami, zachwalają uroki jazdy konnej. Kilka rzeczywiście prowadzi stajnię i to jest ich specjalizacja, ale pozostałe prowadzą w istocie pensjonat z możliwością innych rozrywek, których nie ma w mieście.
Kiedy będą goście, mogą przecież przejść 200 m do stajni sąsiada. Nie bez kozery podkreślam te uroki, bo nigdzie w Europie nie ma takich naturalnych tras jeździeckich (przy rezerwacie przyrody). Jeśli rozpropaguje się to odpowiednio, w naszych wioskach będą mówić prawie wyłącznie po holendersku, angielsku i niemiecku. Tydzień w siodle za ¼ ceny, 30 km od lotniska w stolicy unijnego kraju to naprawdę gratka dla koniarza...

Owszem, w małopolskiem agroturystyka wygląda tak: http://www.agroturystyka-konna.pl/ , tradycyjna gospodarka, do której mogą latem przyjechać dzieciaki, pojeździć konno, choć też już nie do końca, bo i tu widać specjalizację. Są cztery turnusy (plus ferie zimowe), a pobyt zorganizowanych grup możnaby raczej nazwać “koloniami w siodle”. Nie jest to gospodarstwo prowadzące tradycyjną produkcję i przy okazji noclegi, lecz rodzinny pensjonat prowadzący wczasy w siodle dla dzieci i przy okazji – jakąś tradycyjną produkcję. Usługi pensjonatowe są o wiele bardziej dochodowe.

Proszę zwrócić uwagę na urocze błędy językowe i niedoróbki na cytowanej stronie. Zrobił ją któryś z młodszych członków rodziny, pospiesznie, ale za to minimalnym kosztem. Jest to co najważniejsze – zdjęcia koni, rodziny, pokoi, nastrój miejsca i numer telefonu. Okazuje się, że dla klienteli ten środek reklamowy jest bardzo efektywny.

Strony wszystkich kampinoskich agroturystyk są – bez wyjątku – na wyższym poziomie realizacji, ale czy mają większą skuteczność? Trudno ocenić. Jedno jest pewne. Ich właściciele na pewno mają wyższe od poprzedników dochody, bowiem mają blisko do ogromnego rynku ściśniętej na swoich zatłoczonych ulicach i w blokach kienteli, nie dalej niż czterdzieści km. Prowadzą śladową produkcję tradycyjną, bowiem z jednej strony jakich efektów oczekiwać na roli V i VI klasy?, a z drugiej strony mają, choćby pośrednio, jakieś alternatywne źródło dochodu – w mieście, z którym utrzymują żywe kontakty. Skoro pozostają u siebie na wsi, daje to na pewno więcej przyjemności i przynajmniej porównywalny dochód (realnie).

Skąd taka pewność? Warto porównać przeciętny poziom cen. Zobaczmy. Za jazdę w terenie - z instruktorem - w Olsztynie powinniśmy zapłacić 20 zł, w Krakowie - 30 zł, a pod Kampinosem... 40 zł. To chyba przekonuje.


Wnioski z pobieżnego przeglądu na naszym terenie są kilkurakie:

  • szybko postępująca specjalizacja usług rekreacyjnych – konie, rowery, painball;
  • ogromny rynek klienta, głodnego rozrywki, tuż za progiem;
  • anachronizm tradycyjnej agroturystyki;
  • duży potencjał dla nowych rynków, usług, pomysłów;
  • brak marketingu miejsca itd, brak informacji turystycznej, brak poradnictwa w zakresie specjalizowanej turystyki wiejskiej.